Strona główna
Czy w amerykańskich więzieniach nie przestrzega się praw czł

Czy w amerykańskich więzieniach nie przestrzega się praw człowieka?

05/04/2017

- Oddział o najwyższym stopniu rygoru pełni dwie funkcje: dba o to, aby nikt nie wyszedł, ale i żeby nikt nie wszedł - wyjaśnia Paul Wright, były osadzony, dziś wydawca amerykańskiego magazynu o prawach więźniów „Prison Legal News”. Długotrwałe zamykanie w izolatkach godzi, zdaniem krytyków, w prawa człowieka. Oznacza życie na 6-8 metrach kwadratowych, gdzie jedynymi towarzyszami są sedes, łóżko, krzesło i blaszane lustro. Więzień pozbawiony jest możliwości kontaktu z innymi osadzonymi, uprawiania sportu czy uczestniczenia we mszy, i to przez długie lata. Następstwami takiego odizolowania są: ekstremalna utrata wagi, paranoja i myśli samobójcze.

W Stanach Zjednoczonych wieloletnie odosobnianie więźniów jest nie tylko tolerowane, lecz również legalne. Kara ta dotyka wyłącznie przestępców, którzy dopuścili się najcięższych zbrodni. W izolatkach nie siedzą zwykli mordercy, lecz jedynie kryminaliści, którzy podczas odbywania kary popełnili kolejne przestępstwa, np. zaatakowali strażnika, zgwałcili lub zamordowali współwięźnia.

W Polsce izolatki stosuje się w dwóch przypadkach. Po pierwsze, więzień może zostać ukarany za złe zachowanie zamknięciem w celi jednoosobowej na okres do 28 dni. Po drugie, odosobnienie jest jednym ze środków przymusu bezpośredniego, stosowanego w celu przeciwdziałania różnym niepożądanym zachowaniom, takim jak usiłowanie zamachu na życie lub zdrowie własne albo innej osoby, nawoływanie do buntu, groźne zakłócanie porządku lub rażące nieposłuszeństwo wobec służb więziennych.

Tak ogólnikowo sformułowane przepisy pozwalają strażnikom dość swobodnie stosować karę odosobnienia, przeciwko czemu protestują osadzeni. - Ostatnio do naszej organizacji trafiło kilka skarg napisanych przez osadzane w izolatkach osoby cierpiące na epilepsję - podczas gdy tacy chorzy w ogóle nie powinni przebywać w celach jednoosobowych - tłumaczy Maria Ejchart z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Zamknięcie w izolatce to rodzaj kary śmierci na raty, jak mówią krytycy. Skazani w USA czasami przez lata pozbawieni są kontaktu z innymi osadzonymi, o świecie zewnętrznym nie wspominając. W ich celach nie ma telewizora, radia, książek ani prasy - zostają im wyłącznie własne myśli. Zamiast nazwiska posiadają numer, praktycznie prawie nie istnieją - tym samym są więc idealnymi kandydatami do eksperymentów. Na celowniku naukowców mogą się jednak znaleźć nie tylko groźni przestępcy, lecz każdy więzień, obojętnie za co odbywa karę.

Amerykańskie wiezienia to zakłady paramilitarne, w których każdy robi to, czego chcą zwierzchnicy

Grudzień 2010: przez pięć dni 53 tys. osadzonych w 30 zakładach karnych stanu Georgia odmawiało wyjścia ze swoich cel. Był to największy protest więźniów w historii Stanów Zjednoczonych. Żądali uznania ich praw człowieka. - Te jednak, zgodnie z konstytucją Stanów Zjednoczonych, nie przysługują więźniom w Georgii. Ani w Teksasie, Kalifornii czy na Florydzie - mówi Paul Wright. Tak więc pokojowy protest nie dał żadnych efektów. Inaczej niż w Europie, rozpoczynając odbywanie kary w USA, osadzeni zostają pozbawieni nie tylko swojej własności, lecz również praw człowieka. - Każdy więzień - obojętnie czy to Amerykanin, Francuz czy Polak - posiada jedynie tzw. prawa obywatelskie - wyjaśnia Wright. W zakres tych mocno ograniczonych praw nie wchodzi jednak możliwość decydowania przez więźnia o czasie lub miejscu pracy oraz uczestnictwie w testach.

W ten oto sposób amerykański wymiar sprawiedliwości upoważnia naukowców i koncerny farmaceutyczne do testowania nowych leków na więźniach i przeprowadzania badań medycznych w zakładach karnych - za grosze. Żmudne i kosztowne pozyskiwanie uczestników eksperymentów, wysokie standardy bezpieczeństwa, drogie roszczenia regresowe po nieudanych badaniach - tego wszystkiego farmaceuci nie muszą się obawiać, przeprowadzając próby w więzieniach. W zakładach karnych nie testuje się jednak wyłącznie leków. Niektóre typy broni, zanim trafią do produkcji seryjnej, wypróbowywane są najpierw na więźniach. Na przykład w kalifornijskim North County od sierpnia 2010 roku testowana jest emitująca mikrofale broń obezwładniająca, z której prototypu zrezygnowała armia amerykańska w Afganistanie. Od pięciu miesięcy więźniowie w North County, którzy nie od razu dostosowują się do rozkazów, są ostrzeliwani z armatki „Pain Ray”. Celny strzał osadzeni nazywają „efektem good bye”, ponieważ w momencie trafienia ofiara traci przytomność. Wartownicy są zachwyceni możliwością testowania mikrofalowej armatki i coraz częściej ją stosują.

- Eksperymenty na więźniach są w USA całkowicie legalne, dopóki nie są na to wydawane państwowe pieniądze - wyjaśnia ekspert prawny Gregory Dober. Wystarczy tylko udowodnić, że osadzeni będą podczas nich ponosić „minimalne ryzyko”. Taki certyfikat przyznany został również programowi Prometa w teksańskim więzieniu Collin County. W jego trakcie lekarze testowali na osadzonych narkomanach nowy lek, który miał im pomóc wyjść z uzależnienia. Pigułki faktycznie zadziałały u 16 z 20 biorących udział w teście, u trzech osób nie odnotowano żadnych reakcji, ale jedna popełniła samobójstwo. Taka jest przynajmniej wersja oficjalna. Stosując metodę prób i błędów, naukowcy liczą się również z zaskakującymi efektami ubocznymi. Argumentują przy tym: historia pokazuje, że gdyby nie doświadczenia na ludziach, dziś nie mielibyśmy wielu lekarstw.

- Żadne miejsce nie nadaje się obecnie lepiej do eksperymentów na ludziach niż zakład karny. Mimo że oficjalne stanowisko władz jest inne, to amerykańskie więzienia są dziś zakładami paramilitarnymi, w których każdy robi to, czego chcą zwierzchnicy - wyjaśnia Allen M. Hornblum. Ten wykładowca z Tempie University w Filadelfii napisał wstrząsającą książkę o więzieniu Holmesburg - miejscu, które pozostawiło blizny na dziesiątkach osadzonych...